Kolonia Troskoty (6)

Moje szkoły

     Naprawdę chciałem się uczyć. Może przez przekorę wobec losu moich rówieśników z  kolonii, a może nie chciałem z nimi rywalizować w prostocie i prostactwie. W tej sytuacji wiedziałem, że muszę nauczyć się czegoś więcej. Z pewnością też dawało mi satysfakcję to, że z całej kolonii uczyłem się tylko ja i Zdzisiek Karlikowski, zwany Dzidkiem (był to chłopak, którego stryjem był poseł, Walenty Karlikowski). Kiedy zaczynałem „czteroklasówkę” „na Troskotach”, byłem już opóźniony, bo miałem 8 lat.

Szkołę umieszczono w nowo zbudowanym, krytym blachą, domu Ukraińca Ifimczuka, który wraz z rodziną dalej mieszkał w swojej ziemiance-lepiance, a swój nowy dom wynajął  władzom na szkołę. Uczyliśmy się w jednej izbie i mieliśmy na początku panią nauczycielkę. Rozpiętość wieku w klasie sięgała kilku lat. Początkowo chłopcy i dziewczynki uczyli się razem. Bawiliśmy się w kółko z nauczycielką, śpiewając: – Uli-uli-anko, klęknij na kolanko, ujmij się pod boczki, weź się za warkoczki…, przy czym wszystkie dzieci koniecznie chciały trzymać panią za rękę. Potem rysowaliśmy w zeszytach rysunkowych. Dzieci z bardziej zasobnych domów miały kredki–ołówki, a te biedniejsze – zwykłe kredki świecowe. Było to wśród nas przedmiotem rywalizacji i zazdrości. Kredek nauczycielka nie pozwalała nam zabierać do domu w obawie, że połowę pogubimy, a reszty – zapomnimy, idąc do szkoły. Były więc codziennie zamykane w klasowej szafie, ale kiedyś, po lekcjach, ukradł je Wacek Prasołek. Nie mógł widać ścierpieć, że miał te gorsze, nie umiał jednak zrobić z tych kolorowych ołówków żadnego sensownego użytku – chciał  je tylko po prostu mieć – i dlatego zapewne cała sprawa wkrótce się wydała.

Prasołki – to była zresztą chyba cała taka, zawistna rodzina, bo którejś zimy mój starszy brat, Zygmunt, wdał się w bójkę właśnie z Prasołkami – a miał na sobie piękny, barwnie haftowany, zakopiański kożuszek, który kupił sobie na targu w Kowlu, w celu imponowania innym. By go nie uszkodzić, troskliwie ułożył kożuch na ziemi obok, kiedy jednak był zajęty rozprawą z Prasołkami, z boku podkradła się do walczących matka – stara Prasołkowa. Chciała mieć zapewne czynny udział w owej rozprawie, więc – z wydatną pomocą zębów – porwała ów śliczny, zygmuntowy kożuszek, na strzępy… Do dziś jestem pełen mimowolnego podziwu dla jej wyczynu! Jak ona to zrobiła bez nożyczek i bez noża? Nieraz potem próbowałem różnych poprawek  kuśnierskiego rzemiosła i dobrze wiem, że to wcale nie takie proste…

Zatem uczyliśmy się w szkole – przede wszystkim na pamięć – zupełnie rozumiejąc czego od nas chcą, bo słyszeliśmy od naszych nauczycieli, że najpierw musimy nauczyć się uczyć. Kiedy już zaczęliśmy sylabizować, czytaliśmy kolejno na głos czytanki „z akcją”, w rodzaju: – Ratuj, Janku, Ratuj! As goni starego koguta! On go dogoni, on go zadusi! Albo – pamiętam – coś o jeleniu w lesie, który wybiegł nam naprzeciw. Na jelenia mówiło się w klasie: „leleń”, za to na Włodzimierza Lenina: „Jelin”. Trudno się jednak dziwić, skoro wszyscy byliśmy z różnych regionów Polski i każdy z nas mówił trochę inaczej od reszty. Jedna z gospodarskich córek z Różyna, opowiadała klasie, przed tablicą, o swej rodzinie: U nasz, to wszytkie na jot: Jantoś, Jadamek i Jewka! Mnie to wcale nie dziwiło, gdyż sam, na początku nie mówiłem o sobie: „jestem Henio”, lecz”: „Jenio” i dlatego długo wołali na mnie w rodzinie: „Jenionia”.

Tak wyglądała, we wczesnych latach 30-tych XX w., szkoła żydowska w Kowlu – wszystkie szkoły polskie Ukraińcy – w bezrozumnym gniewie – doszczętnie zniszczyli (zdjęcie z opracowania Programu Współpracy Transgranicznej Polska – Białoruś – Ukraina)

Po roku 1931 (w którym zmarł mój ojciec), moją szkolną edukację kontynuował najstarszy brat – Zygmunt. Moje „szkoły” stały się dla brata „punktem honoru”. Nie mógł być przecież gorszy od ojca, którego przyszło mu teraz w rodzinie zastępować, nie mógł też być gorszy od innych – bo  przecież dzieci do szkół mogli posyłać tylko najbogatsi gospodarze. Zygmunt bardzo chciał, by go w powszechnej opinii do takich właśnie zaliczano.  Wygrałem więc na tym „środowiskowym snobizmie”, ale faktem jest także, że autentycznie bardzo chciałem się uczyć.

Razem z nami i również po polsku, uczyli się w pewnym okresie także Ukraińcy. W takich  warunkach program każdej klasy naszej „czteroklasówki” był realizowany przez dwa lata. Dlaczego? Myślę dzisiaj, że – jako uczniowie – mieliśmy tak wielkie zaległości, że nie byliśmy przygotowani do szybszej edukacji. Po pani nauczycielce przyszedł pan nauczyciel – również jeden do wszystkich przedmiotów – Polak, Adam Stańczyk, który był kolegą mojego (starszego o pięć lat) brata, Zygmunta. We wrześniu 1939 r. nauczyciel ten został zmobilizowany do wojska i wkrótce potem zginął. 

Do piątej klasy musiałem już iść do Lublińca (1-2 km od Troskot, w kierunku Lwowa), gdyż tam była szkoła „siedmio-klasówka”. Była tam też najbliższa z Troskot stacja kolejowa. W Lublińcu uczyłem się jednak tylko przez dwa tygodnie. Na niedzielę nauczycielka zadała nam na pamięć długi i trudny wiersz (nie pamiętam jego tytułu), co tak głęboko mną wstrząsnęło i wypełniło taki, bezbrzeżnym poczuciem krzywdy, że uciekłem ze szkoły. Musiałem być jednak obowiązkowym uczniem, skoro mimo wszystko wykonałem to karkołomne polecenie, a przy tym tak solidnie, że wiersz ów pamiętam do dziś:

Od trzech wieków stoi krzepko
trzypiętrowa kamienica,
na jej froncie, ponad furtą,
wmurowana lśni tablica.
Na tablicy napis stary,
nieczytelny i zatarty,
a powyżej płaskorzeźba –
gmerk odwieczny: lew rozżarty.
            Tęga furta wejścia broni,
            bram dzisiejszych pra-pra matka,
            u tej furty nęcą oczy
            przedni zamek i kołatka.
Architektor – mistrz w swej sztuce –
nie poskąpił ozdób mnóstwa,
tedy wykusz na przyrożu
przylepiono do domostwa.
            W oknie krata przemisterna
            tak się wije, jak wstążeczka;
            niegdyś stamtąd poglądała
            złotowłosa mieszczaneczka.
Żółte ściany kamienicy,
z krasnych cegieł dach jej zdziałan –
wzniósł ją zasię miejski rajca,
kupiec lwowski, Wojciech Bałan.
            Próżno kartun lub haubica
            szły by w zapas z ową ścianą –
            w tysiąc pięćset pięćdziesiątym
            takie domy budowano!
Nie żal piąć się po drabinie,
w której schodów brak połowy –
cudny widok się odsłaniał
z wysokości poddaszowej.
            Na świat żywy patrzy oko
            w przestrzeń gwarną i świetlaną –
            w tysiąc pięćset pięćdziesiątym
            takie domy budowano!

Przez wiele lat potem, nie w pełni rozumiałem sensu wielu słów, tego wierszowanego przekazu… Ale przecież pamiętam go do dziś…

(C. d. n.)


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *