Kolonia Troskoty (7)

Zapamiętane nauki

Zawsze zresztą wiele uczyłem się pamięciowo – choćby z matematyki – choć znaczenie niektórych matematycznych definicji zrozumiałem dopiero po wielu latach. Czy wielki sens miała więc taka nauka? Jak się potem nieraz okazało – jednak miała, ale nade wszystko – była lepsza od żadnej. Choćby inny wiersz, o wyjeździe na targ:

Wcześnie dzisiaj rano
wóz naładowano –
do miasteczka rusza
żona Mateusza.
      W rynku hucznie, ludno,
      że przejechać trudno, 
      ledwo że w tym tłumie
słowo kto zrozumie.
Gosposiu z daleka –
A dajcież mi mleka!
A macie śmietanę,
A masła dostanę?
            Ten pyta, ów bierze:
A jaja czy świeże?
A sery po czemu?
Usłużę każdemu!
Potem nakupiła
różnych rzeczy siła.
wszystkich poobdarza:
więc dla gospodarza
tytoń i fajeczka –
jako dar z miasteczka,
kukiełka dla Hanki,
Helce obwarzanki,
Jaśkowi pajaca!
Tak to się powraca:
przyjemność i praca!

Pamiętam też i inną sytuację: kiedy pewnemu Ukraińcowi przypadło w udziale występować po polsku w polskiej jasełce – on rozpaczliwie bronił się, nie chciał i płakał przy tym rzewnymi łzami… W oczach współplemieńców czuł się zapewne kolaborantem, odstępcą i zdrajcą.

Piątą klasę szkoły powszechnej dokończyłem w Różynie-Kolonii (ok. 3-4 km od Troskot. Wieś Różyn była dla Ukraińców, a Kolonia Różyn – dla polskich osadników). Była tam już wówczas solidna, murowana, dwupiętrowa szkoła – taka sama zresztą, jaką zbudowano w Kowlu i w innych miastach (a nawet w Warszawie). Widziałem bowiem później takie same szkoły w różnych miastach – był to zapewne powtarzalny projekt, który realizowano wówczas w całej, odbudowywanej po rozbiorach Polsce. Podobno osadnicy wojskowi celowo opodatkowali się na potrzeby budowy szkół w Różynie i Kowlu. Ukraińcy – niszcząc potem na swych terenach, w swym bezrozumnym gniewie wszelkie polskie ślady – szkoły te spalili.

Idąc z Troskot do Różyna, do szkoły, musieliśmy pokonać głęboki rów z wodą w miejscu, w którym nie było mostku ani kładki. Skakaliśmy więc przez ten rów „o tyczce”,  posługując się przy tym wysoką żerdzią. Wyczyn ów zawsze groził „utknięciem w górnym,  martwym punkcie”, a w niefortunnym przypadku kończył się zmoczeniem w wodzie.

     Rowy, zakola, rozlewiska – dziko i malowniczo płynęła Turia do Prypeci... (foto-reprodukcja obrazu)

W piątej klasie, w Różynie, uczyłem się razem z Ukraińcami. Językiem wykładowym był polski, ale był też i ukraiński nauczyciel – od języka ukraińskiego – na który mógł się zapisać każdy uczeń (jeśli tylko chciał). Ponieważ zimą trudno było brnąć z Troskot, przez śniegi, na stację kolejową do Lublińca, a potem dalej – pociągiem do Różyna – korzystałem na miejscu z prywatnej stancji, u pewnego Ukraińca. Była nas tam cała gromadka, bo mieszkałem razem z Mietkiem Pawelcem (synem gospodarza z Troskot), Stachem Tasakiem (synem polskiego kolejarza) i pięcioma ukraińskimi chłopakami (z pobliskich wsi: Turowice, Kleczkowice). Pamiętam – gdy jeździłem codziennie pociągiem do Kowla i spieszyłem się na stację w Lublińcu – wskakiwałem często na naszego konia, pędząc na oklep, w ślad za gwizdem parowozu. Wsiadałem potem do pociągu, a nasz mądry koń sam wracał do Troskot – do swojej zagrody.

Moja nauka pamięciowa czasem mi się jednak przydawała. Doskonale pamiętam np. wizytację w naszej klasie kierownika szkoły w Różynie, który sprawdzał stopień opanowania przez nas rachunku pamięciowego. Zadawał klasie pytania, a my podnosiliśmy ręce, zgłaszając się do odpowiedzi. Zostałem wówczas publicznie pochwalony, bo wciąż zgłaszałem się pierwszy, a do tego znałem prawidłową odpowiedź. Jako późniejszy nauczyciel, z własnego doświadczenia  zawsze doceniałem wielkie znaczenie pochwały ucznia – jak ważnym jest wyróżnieniem, nagrodą i motywacją do dalszej nauki.

Szóstą i siódmą klasę szkoły powszechnej zaliczyłem już w Kowlu. W naszej klasie zawsze było tam blisko 50 uczniów: Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Żydów. W końcówce mojej nauki nie były to już klasy koedukacyjne – chłopcy i dziewczęta uczyli się oddzielnie. Trzeba było bardzo uniwersalnej edukacji, wręcz „gimnastyki”, by nauka ta przebiegała bez konfliktów i zgrzytów. Tym się jednak wówczas nie martwiłem. Nie pamiętam wszystkich kolegów, z upływem czasu wciąż się zresztą zmieniali. Coś-niecoś mi jednak zostało w pamięci,  z codziennego czytania listy obecności: Barański, Bartoszek, Bryc, Bryłka, Czerniak, Juchnowicz, Kakowski, Kałka, Karlikowski (Zdzisiek), Kowal, Lande (Żyd), Łysakowski, Mickiewicz, Naumczyk, Ociesa, Pawłowski, Pietrzyk,  Podwysocki, Popławski, Potocki, Ratner (Żyd), Szymkiewicz (Julek – rudy, który zginął później w partyzantce), Tarnawski, Tkaczuk (Ukrainiec), Turowski, Ustynowicz, Zadworny, Zdziech.

Niewiele mam z tej szkoły dobrych wspomnień. Na ogół byłem lekceważony, bo – wśród Rosjan, Ukraińców i Żydów byłem Polakiem i nie pochodziłem z miasta ani nawet ze wsi, tylko z kolonii… Często słyszałem pogardliwe: „Ty gadzie, owsem karmiony!” I cóż można było na taki zarzut odpowiedzieć? Z tego okresu mam jeszcze jedno przykre i bardzo dla mnie dotkliwe wspomnienie. Nasz młody nauczyciel, który starał się „przypodobać” i swoiście „zaimponować” chłopakom z naszej „starszej” klasy, podpatrzył kiedyś, że w kieszeni marynarki miałem schowaną kromkę suchego, razowego chleba. Schowałem ją tam machinalnie,  gdy spieszyłem się na pociąg, a matka wcisnęła mi ją niemal w biegu, żebym miał coś w szkole na drugie śniadanie.  (Dobry, wiejski chleb – własnego wypieku – był zresztą na Troskotach prawdziwym rarytasem; wspaniały chleb piekła np. Genia Rejdakówka – późniejsza żona mojego starszego brata, Zygmunta).  Nasz nauczyciel zrobił jednak z tego kpinę, „szopkę”, widowisko i pośmiewisko.. Polecił mi wyjść na środek klasy, przyjąć wpierw postawę zasadniczą, potem rozłożyć ręce na boki i wreszcie… wyjął mi powoli z kieszeni tę kromkę suchego chleba.  Cała klasa ryczała przy tym ze śmiechu, ale dla mnie było to zdarzenie bardzo pamiętne, upokarzające, kompromitujące, pamiętne i jakże dotkliwe. Tak dotkliwe, że wręcz bolesne i nigdy nie poskarżyłem się o tym nikomu…

Kiedy  już wreszcie pomyślnie skończyłem Szkołę Powszechną w Kowlu – to z wielkiej radości – przeskakałem na jednej nodze przez cały, drewniany most, na rzece Turii! Ale to był finał przyszłości, od którego dzieliła mnie jeszcze długa, pełna trudów i wyrzeczeń, droga.

(C.d.n.)

Ten most drewniany na rzece  Turii – z wielkiej radości –
przeskakałem na jednej nodze! (z widokiem na domy żydowskie)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *