Kolonia Troskoty (3)

Okolice Kowla, fot. Lynne Siegel

„Na Troskotach”

  Surowo, ale i pięknie, było na Troskotach! Ta piękna i żyzna ziemia zasługiwała na miłość! Czy można się dziwić, że bronili jej Ukraińcy?!  Dlaczego  mówiono u nas: „na Troskotach”? Bo Troskoty nie były – jak wiele innych dookoła – wsią, lecz kolonią. W pobliskiej wsi: Różyn mieszkał poseł Walenty Karlikowski – tam wszystko wyglądało inaczej i lepiej! „Na Troskotach” czy też: „na kolonii” – nam też to lepiej pasowało do ucha. A dlaczego akurat Troskoty? Może od licznych trosk tutejszych osiedleńców. Wcześniej była tu wieś Osowiec, a może nawet osada, bo słyszało się, że w tym Osowcu była twierdza i koszary. Stąd zapewne i nasz adres: kolonia Troskoty, gmina Stare Koszary, powiat kowelski, woj. wołyńskie. Troskoty miały być może przywrócić dawnym tradycjom minioną świetność. Grunty, należące kiedyś do dóbr ziemskich dziedzica Siemiątkowskiego, dawały wprawdzie jakiś zarobek tutejszym ludziom, ale nawet i sam dziedzic nie „gospodarzył” i właściwie tylko wydawał pieniądze. Nic więc dziwnego, że w końcu zbankrutował, a jego własność przejął w zarząd Wileński Bank Ziemski. Bank ów, w porozumieniu z polskimi władzami,  kierował tu osadników, ale tylko tych, którzy rokowali nadzieje wypłacalności. Mój ojciec kupił od Banku 30 mórg ziemi i jeśli tylko gospodarował, to miał szanse je spłacić.

Wpierw był tu las, który karczowaliśmy – kopaliśmy zwyczajne doły, okładaliśmy pniami i ziemią. Tak powstawały ziemianki. Pierwsze, rodzinne siedliska mieszkalne kolonii – na pierwszą, wołyńską zimę, wyglądały podobnie, jak to na zdjęciu obok.

  Później ziemne wykopy przerabiano na piwnice, a na nich stawiano chałupy. Michał Runiewicz – były gajowy dziedzica Siemiątkowskiego – miał w swej izbie mieszkalnej zmyślnie ukryte wejście, prowadzące do podziemnego korytarza, który kończył się zamaskowanym wylotem, kilkadziesiąt metrów dalej,  w lesie. Przejście to przydało mu się potem, w czasie działań wojennych.  Gajowy ów wezwał kiedyś chłopa, by zażądać od niego wyjaśnień co do krowy, która weszła w młodnik na szkodę dziedzica. W sieni, u wejścia, leżała rozpostarta na posadzce – zamiast chodnika – wielka, niedźwiedzia skóra. Gajowy miał widać z tej rozmowy niemałą uciechę, bo zmarszczył się groźnie i zapytał: Kita, a możeś ty w sieni wdepnął na skórę? Nie, Panie – odparł wystraszony chłopek – Skocyłem!  Od tej pory na pytanie: „A który to Kita? – odpowiadano: „No ten – „Skocył”.

Gospodarz z Troskot – Szepan Adamczyk – próbował postawić bardziej dostatni od innych dom – z pustaków i pokryć go dachówką. Okazał się jednak drogi, czasochłonny, pracochłonny i zimny. Adamczyki zrobili więc z niego potem solidną oborę i odtąd był to jedyny murowany budynek  w Kolonii Troskoty. Po tym doświadczeniu wszystkie inne domy budowano tu z drewna – z pni i brusów (czyli bali z oflisami). Cięło się te bale z pni drzew, we dwu chłopa ręcznym trakiem – pionowo, jeden u góry, drugi na dole – i ciężka to była praca. Domy te miały na ogół jedną, dużą izbę, z kuchennym piecem i paleniskiem. Ściany ustawiano oflisami do środka, po czym oblepiano je i malowano białą, kopaną w pobliżu gliną. Glina ta występowała w gruncie w różnych miejscach, w postaci obłych skupisk – podobnych do soczewek. Okna były od początku dzielone na sześć lub osiem kwater,  ze szklanymi szybami – początkowo się nie otwierały. Po roku 1926, co zamożniejsi gospodarze sprowadzali na swe budowy cieśli z Polski, głównie z Podhala, którzy znali się niezgorzej i na stolarce. Odtąd okna w domach mieszkalnych były już otwierane i zamykane. Dachy od początku mojego pobytu  (czyli od 1922 r.), aż do naszej ucieczki z Wołynia (późną jesienią 1943 r.) kryto u nas powszechnie słomą, ale było to możliwe dopiero po pierwszych żniwach. Wcześniejsze – ziemianki  – kryto (jak na zdjęciu) darnią.

Osadnicy i koloniści byli ludźmi prostymi – na ogół analfabetami, a rachować umieli tyle, zeby ich Zyd nie osukoł.  Niektórzy, co bardziej ambitni, uczyli się czytać i pisać sami. Pamiętam, jak nasz sąsiad uczył się czytać – w Kowlu, na reklamach – długo sylabizował tablicę z napisem: „Apteka”, w końcu triumfalnie zakomunikował: copka!  Była to jednak edukacja w stylu: Gramotniście? –  A jakże! To się podpiszcie! –  Nooo, nie żeby aż na tyle… Jan Cybulski, zwany przez nas Cybulą, też nie umiał złożyć podpisu, więc się przedstawiał: Jan Cybski, po czym asekuracyjnie dodawał: Mnie tu wszyscy znają! Jego syna, Stacha, też zwano potem Cybulą. Gdy ów Stacho Cybula-junior wybierał się do panny, to go matka pouczała: Jak-zes  tam pójdzies, to mów do nij co… Pamiętam, że potem Stacho przyszedł kiedyś do domu moich rodziców i zakomunikował: Mamusia kozała, cobyście przysli na wesele! Tak oto dowiedzieliśmy się, że Stacho uwieńczył sukcesem swe zaloty i żenił się z panną z pobliskiej wsi, o nazwie Perespa. Jeśli więc nawet nasi sąsiedzi nie potrafili czytać, to przecież rachowali z powodzeniem na targu i nie tylko. Kawalerowie biegle rachowali np. morgi gruntu. Powszechnie i w całej okolicy było wiadomo, ile można było wziąć za którą panną, zatem nasze chłopaki żenili się bardziej z morgami, niż z pannami. Nie dziwota, że wychodziły potem z tego życiowe nieporozumienia. Mój szwagier – Adolf Leśnicki, który ożenił się z moją siostrą – Maryśką, reklamował się: – Myśl mam bardziej lotną od roboty! I zaraz dodawał, że to jest „tako kuncepcja”. Kiedyś usłyszał go przy tym teść, czyli mój ojciec – Adam Zdziech – i skwitował to krótko: – Ty, Adolek, to powinieneś ożenić się raczej z moją kobyłą!

Z drugiej zaś strony – panny – też umiały rachować: Matka pośli za wdowca i dobrze ji było. Jo tyż pójda za wdowca i dobze mi bedzie! Z tymi „gorszymi” nie chciano żadnych sąsiedzkich stosunków ani też  rodzinnego koligacenia – Kaśka weśli pod piezyne,  ze ino usy jej było widać i pado: Trumne mi zróbta, a za Kalitę nie pójde!  I jak się temu dziwić, skoro – już jako zamężna – słyszała potem w posłaniu co najwyżej: „Posuń się, babo, bo cie bedem uzywoł!”

Prości więc to byli ludzie, ale też wcale o tym nie wiedzieli, więc było im z tym dobrze. Pamiętam prosty, pogodny optymizm, w jakiejś żartobliwej rozmowie: Co robisz chłopie? – A jo gline kopie! – Widze, dał Bóg zdrowie! – I jo zech myśloł, ze odpowie! – Czyś ty Głuch? – Nos jest dwóch! – Co gadać z chamem! – Na wieki wieków Amen! Faktem jest, że w mych rodzinnych stronach – już po powrocie na rodzinną Kielecczyznę – poznałem później całą rodzinę Głuchów.

(C.d. n.)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *