Kolonia Troskoty (10)

Partyzantka i powrót

Po agresji Niemiec na Związek Radziecki, Polacy na Wołyniu znaleźli się w bardzo trudnej i niebezpiecznej sytuacji. Wyraźnie wskazano wrogów, zaogniły się animozje, głośno artykułowano pretensje. Ujawniła swą obecność i aktywność Ukraińska Armia Powstańcza (UPA), która również nasiliła  działania bojowe i atakowała Polaków. W rejonie Kowla kilkakrotnie przechodziła wojenna linia frontu. Raz byliśmy w rękach hitlerowców, to znów w rękach Armii Czerwonej. W związku z taką sytuacją wstąpiłem do partyzantki – jak się potem dowiedziałem – w szeregi 27 Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej – i przyjąłem pseudonim „Sibicki”. Byłem w oddziale porucznika Korony, o pseudonimie: „Halicz”.

Nasze ówczesne wybory polityczne były zupełnie przypadkowe.  Równie dobrze mogłem znaleźć się w jakimś innym oddziale i być może wówczas moje dalsze losy potoczyłyby się inaczej. Świadomość naszej powstańczej działalności była wyłącznie w rękach naszych dowódców. Byli wśród nas zarówno przestępcy, jak i ludzie, którzy w ogóle nie nadawali się do brutalnych działań operacyjnych – nikt ich nie selekcjonował, a nie powinni się  w partyzantce znaleźć. Jeśli np. Bolkowi rozkazywali – Wykończ go! – to Bolek wypełniał rozkaz bez śladu skrupułów, a nawet z pewnym upodobaniem. Praktyka wojny była taka, że wiele sytuacji łatwiej było przetrwać w środowisku partyzantów, aniżeli  wśród  bezbronnej ludności cywilnej. Wszystko wokół „gotowało się” we wrzącym kotle inicjatyw i wpływów: polskich, niemieckich, radzieckich i ukraińskich.

Pewnego dnia Ukraińcy powiadomili Niemców o tym, gdzie znajduje się nasz oddział partyzancki porucznika „Korony”. Niemcy okrążyli nas i wszystkich wzięli do niewoli. Tak znalazłem się w więzieniu, w Kowlu. Było nas 16 osób, w jednej celi. Spaliśmy na podłodze, wokół pojemnika, który służył za ubikację. Trudne to były chwile w moim życiu i z wielką przykrością je wspominam. Z więzienia wykupił mnie mój brat, Zygmunt Zdziech, wraz z bratową – Genią. Dali podobno za mnie: miód, wędzony boczek, wiejską kiełbasę i bimber. Nie była to chyba akcja kontrolowana przez wyższe dowództwo, skoro ludzi zatrzymanych z bronią w ręku wypuszczano na wolność za trochę aprowizacji, czyli „wojennego, spożywczego luksusu”.

Wczesną jesienią 1943 r.,  poszła w Troskotach wiadomość, że będzie tędy przebiegać linia frontu. Na wszelki wypadek wykopaliśmy więc w pobliskim lesie ziemiankę, by przeczekać w niej najgorsze piekło. Rano, gdy poszedłem do kolonii „na zwiady”, okazało się, że od salwy bolszewickiej Katiuszy  spaliła się większość naszych siedlisk, a w tym i nasz nowy, niedawno wybudowany dom. Była to dla nas – rodziny osadniczej bez ojca – wielka klęska, która ostatecznie okazała się jednak szczęśliwym dla nas zrządzeniem losu. Na zgliszczach i jeszcze żarzących się belkach pogorzeliska domu, usmażyliśmy jajecznicę i postanowiliśmy wracać w rodzinne strony. Dzięki temu uniknęliśmy jednak śmierci bądź niechybnej wywózki: gdzieś do Kazachstanu czy może na Syberię. Dopiero później dowiedzieliśmy się o tym, jak niewielu polskich osadników i kolonistów – uciekinierów z Wołynia – zakończyło swą odyseję równie, jak   my, fortunnie. Wówczas jednak nie dostrzegaliśmy daru dobrego losu – i przeklinaliśmy go. Czekała nas niełatwa droga powrotna do Polski.

Powrót

Armia Czerwona bez pardonu zarekwirowała obydwa nasze konie. Zostawili nam tylko dwa źrebaki. Wracaliśmy bez ojca – Adama Zdziecha i bez najstarszego brata – Edka. Obaj zostali na cmentarzu w Kowlu.  Gdy znacznie później szukałem po nich – choćby śladu – na kowelskiej nekropolii, okazało się, że nie przetrwało nic. Podobnie było z całą archiwalną, polską dokumentacją w mieście, ale przecież i z całą naszą kolonią Troskoty, z  naszą szkołą… Wszystko to, co było polskie – metodycznie i skrupulatnie starto z powierzchni ziemi! Z czyjej to było inicjatywy?

Zaprzęgliśmy więc do wozu nasze dwa źrebaki, uwiązaliśmy z tyłu krowę i ruszyliśmy.  Pamiętam, że krowę tę dostaliśmy od naszych sąsiadów – Prasołków – z sugestią, by nas w drodze żywiła. Sobie zostawili też tylko jedną. Nie sądzę, aby była to rekompensata za ów, pogryziony niegdyś przez Prasołkową, zygmuntowy, zakopiański kożuch. Z pewnością zdawali sobie sprawę z tego, że wkrótce i tak zabiorą im obydwie ich krowy, na aprowizację dla wojska. Może też w ich geście było współczucie i solidarność polskich osadników. Nie wiem czy sprawdziły im się ich przewidywania – nas Ukraińcy okradli ze wszystkiego zaraz na samym początku naszej drogi. Spaliśmy potem po lasach i w ukraińskich wioskach. O dziwo, ci inni – całkiem obcy – to nawet nam pomagali… Wszędzie zdarzają się w życiu zarówno ludzie, jak i „ludziska” czy jeszcze inni: „wschodnie ludeny”...

Wlekliśmy się tak ponad dwa tygodnie – drogą przez przez Chełm, aż dotarliśmy w rodzinne strony – do Stefankowa koło Końskich. Niektórzy twierdzą, że wieś nazywa się Nadolna, ale właściwie są to dwie wiejskie części, oddzielone od siebie przez drogę. Dojeżdżając do celu słyszeliśmy, a potem i odczuliśmy, że dalsza rodzina niechętnie postrzegała nasz powrót. Bo jak to wyglądało w ich oczach? Ci, którzy przedtem nam zazdrościli – teraz triumfowali.

Gdy dotarliśmy już do Chlewisk i byliśmy o krok od Stefankowa, spotkaliśly matkę braci Karlikowskich, od której usłyszeliśmy opinię wsi na nasz temat: Oho, teraz to jadą i myślą, że jem tu kto będzie źryć dawać!… Do tego  jeszcze dowiedzieliśmy i o tym, że ksiądz proboszcz  dobrodziej, który do tej pory bez dzierżawy i bez skrępowania użytkował naszą łąkę (a był to grunt stanowiący moją własność, którego nie sprzedano, bo byłem wówczas niepełnoletni) – w ostatniej chwili spieszył się z koszeniem z niej trawy… Udało mu się zdążyć i nawet przez myśl mu nie przyszło, jak bardzo przydałaby się nam owa trawa dla naszych, zdrożonych forsownym marszem, źrebaków… Iście chrześcijańska „miłość bliźniego” i „solidarność społeczności rodzinnej wsi w naszym nieszczęściu” „ubodły mnie” tak dotkliwie, że nigdy już potem nie „miałem serca” do mych krewniaków ze Stefankowa ani też chęci, do utrzymywania z nimi bliskiej, rodzinnej komitywy. I tak sobie myślę, że gdybyśmy skończyli gdzieś na obcej ziemi – też z pewnością nie zrobiłoby to na nich większego wrażenia.

Sprzedaliśmy jednego z dwu naszych, dzielnych źrebaków – żeby nam nikt nie musiał dawać źryć. Wynajęliśmy mieszkanie u wdowy – Franciszki Białkowej i zamieszkaliśmy u niej  tymczasowo. Jej mąż zginął, rozstrzelany przez Niemców, została sama z dwiema córkamii: starszą – Marysią i młodszą – Tereską. Radziliśmy sobie wówczas rozmaicie. Pamiętam np., że  z niemałym powodzeniem produkowaliśmy i sprzedawaliśmy sąsiadom bimber. Wiadomo: czego, jak czego, ale sztuki pędzenia bimbru, można się było od „zabużniaków” nauczyć!

Z drugiej jednak strony – moje wielkie uznanie, wobec ludzi z naszej wsi, wzbudziła sprawa mego gruntu po rodzicach. Bowiem trwałe i niezłomne okazały się miejscowe, niepisane prawa. Moje cztery morgi – łąka z kawałkiem lasu – cierpliwie czekały do mojej pełnoletności, a potem jeszcze do połowy lat 60., kiedy to bez większych przeszkód je sprzedałem, by uzyskane pieniądze zainwestować w zagospodarowanie mojej rodziny, w stolicy.

W tej samej przecież Warszawie – bez żadnej żenady i bez jakichkolwiek oporów moralnych – zabrano dekretem „bierutowskim” grunt w Mokotowie mojej żonie – Teresie z Jóźwickich, która była wówczas niepełnoletnią i bezdomną półsierotą. Niemiecka bomba zburzyła w powstaniu warszawskim kamienicę, przy ul. Złotej 52 i czynszowe mieszkanie, zajmowane przez jej rodziców. Odszkodowanie za działkę gruntu w Mokotowie (okrojone do wymiaru 20%  wolnorynkowej wartości  nieruchomości) wymagało 64 mozolnych lat – wypełnionych: podaniami, odwołaniami i bezmiarem bezskutecznych, urzędowych starań. I co się zmieniło, że nagle – po tylu latach! –  usankcjowano w końcu w 2010 r. nasze prawo własności? – Zmieniło się orzecznictwo sądowe – usłyszeliśmy w ustnej, nieoficjalnej odpowiedzi, jednego z urzędników stołecznego ratusza. – Jak to się miało do  niezawisłości ówczesnych, polskich sądów?

Na to pytanie nigdy nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Mimo wszystko – w tym oto względzie wioskowa społeczność małego Stefankowa-Nadolnej, na Kielecczyźnie – okazała się bardziej ucywilizowaną, ludzką i szanującą prawo własności, od najwyższych władz w stolicy naszego państwa…

(C. d. n.)


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *